Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjalizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjalizacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2016

Ciemna strona przedszkola


http://wielodzietni.org/discussion/8399/ciemna-strona-przedszkola-przemoc-agresja-opoznienie-rozwoju-spolecznego

Ciemna strona przedszkola: przemoc, agresja, opóźnienie rozwoju społecznego

Spędzanie przez kilkulatka większości dnia w towarzystwie rówieśników może pogarszać umiejętności społeczne


Bogna Białecka


Minister edukacji narodowej szykuje nam kolejną rewolucję. Edukacja przedszkolna ma objąć dzieci dwuletnie. Zdaję sobie sprawę, że w gruncie rzeczy pozwolenie na przyjmowanie dwulatków do przedszkola będzie w wielu przypadkach zalegalizowaniem już istniejącej praktyki. Zdaję też sobie sprawę, że antyrodzinna polityka państwa polskiego zmusza wiele matek do powrotu do pracy zawodowej, mimo iż chciałyby zajmować się dzieckiem. Tak samo zdaję sobie sprawę z istnienia przedszkoli, a właściwie całodobowych przechowalni dzieci, w których maluchy zostają na noc. Nie można jednak udawać, że odbywa się to dla dobra dziecka.

"Jeśli będą pieniądze, pomysł popieramy, bo edukacja przedszkolna to ważny etap dla dziecka i jest o wiele lepsza od telewizora i podwórka. Im wcześniej ją zacznie, tym łatwiej będzie mu w dorosłym życiu" - nie ma wątpliwości dyrektor biura edukacji Jolanta Lipszyc z warszawskiego ratusza.
"Wysłanie dwulatków do przedszkoli to dobry pomysł, bo dzieci w grupie rówieśników dobrze się rozwijają" - przekonuje Elżbieta Piotrowska-Gromniak ze Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji ("Metro" z 25 października 2010 r.).

Podwórko i telewizor jako alternatywa dla przedszkola? Może zacznę od pytania retorycznego: Ilu widzieliście dwulatków biegających bez opieki na podwórku? Twierdzenie, że dwuletnie dzieci spędzają cały dzień przed telewizorem, jest trudniejsze do sprawdzenia. Jednak każdy, kto widział dziecko w tym wieku, wie, że dwulatki są pełne energii i niepowstrzymanej woli eksperymentowania. Trudno je wyobrazić sobie tkwiące jak zombie przed telewizorem przez cały dzień. Zresztą to i tak sprawa marginalna. Podstawowy problem tkwi gdzie indziej. Założenie ukryte w pierwszym z argumentów uważam za obraźliwe dla mam, które korzystają z urlopu wychowawczego lub rezygnują z pracy zawodowej po to, by móc osobiście zająć się swoimi dziećmi.

Drugi argument - błogosławieństwo, jakim jest edukacja przedszkolna, dla dziecka wydaje się jednak bardzo poważny. Wiadomo, że dzieci rozwijają się dziś szybciej, a zatem wcześniejsze rozpoczęcie edukacji pod okiem profesjonalistów można by uznać za pożądane. Tym bardziej dla dzieci pozbawionych wskutek jedynactwa naturalnych relacji z innymi dziećmi, jaka występuje w rodzinie wielodzietnej.


Czy przedszkole rozwija umiejętności społeczne dzieci?

Posyłamy dzieci do przedszkola, mając nadzieję, że nauczą się tam przede wszystkim umiejętności społecznych. A jednak wiele z nich narzeka, pyskuje, a nawet zachowuje się agresywnie. Spędzanie większości dnia w towarzystwie rówieśników wydaje się zatem raczej pogarszać umiejętności społeczne. Ale może rodzice przesadzają i gdyby nie socjalizacja w przedszkolu, dzieci zachowywałyby się jeszcze gorzej?

Postanowili to sprawdzić naukowcy z uniwersytetu stanowego z Kalifornii oraz uniwersytetu w Stanford. Przeprowadzili badanie na wielką skalę, obejmujące 14 tys. dzieci w wieku do 5 lat. Badacze oceniali wpływ uczęszczania do żłobka i przedszkola na umiejętności społeczne, umiejętność samokontroli oraz stopień agresywności.

Okazało się, że żłobek i przedszkole opóźniają rozwój umiejętności społecznych u dzieci, rozwijając za to zachowania aspołeczne (agresywność, egotyzm). Nie było przy tym istotne, czy placówka jest prywatna, czy państwowa, czy dziecko pochodzi z rodziny bogatej, czy biednej. Nie był istotny poziom wykształcenia ani wiek rodziców. Tylko jedna zmienna okazała się istotna - liczba godzin spędzanych tygodniowo w żłobku lub przedszkolu. Dzieci pozostające pod wyłączną opieką rodziców rozwijają się społecznie lepiej niż uczęszczające do przedszkola nawet na kilkanaście godzin tygodniowo. A im więcej czasu dzieci spędzają w przedszkolu, tym więcej zachowań aspołecznych, mniejsza motywacja do nauki itp. (Susanna Loeb i inni, 2007).

Bardzo podobne wyniki dało badanie z roku 2003 przeprowadzone przez amerykański National Institute of Child Health and Human Development. Badano tam długoterminowe skutki uczęszczania do przedszkola. I w tym przypadku wnioski naukowców były wstrząsające - im więcej czasu dzieci spędzają z dala od mamy w ciągu pierwszych 4, 5 lat życia, tym większe wykazują problemy z zachowaniem. Konkretnie: pyskowanie, napady złości, odmowa współpracy, agresywność, okrucieństwo, niszczenie zabawek i innych obiektów, wdawanie się w bójki.



Jaki jest prawdopodobny mechanizm stojący za problemami?

Oczywiście można zadać pytanie - czy to wyłącznie skutek przebywania w przedszkolu? Być może zapracowani rodzice nie poświęcają wystarczająco dużo uwagi dziecku i stąd biorą się kłopoty? A jednak badania naukowe pokazują, że wielogodzinny kontakt z rówieśnikami stanowi lwią część problemu.
W przytaczanym już badaniu z 2005 r. dzieci, którymi zajmowali się dziadkowie lub opiekunki, rozwijały się równie dobrze jak dzieci znajdujące się pod opieką mamy. A więc to nie brak obecności rodziców, a raczej właśnie ciągła obecność rówieśników rozwija złe zachowania.

Czy da się to jakoś obiektywnie sprawdzić? Można badać poziom tzw. hormonu stresu, czyli kortyzolu. Jego poziom zależny jest od pory dnia - najniższy w porze zasypiania. Jednak doświadczenie chronicznego stresu powoduje, że jest on ciągle podwyższony. Cztery niezależne ekipy naukowców przeprowadziły badania poziomu kortyzolu u dzieci w wieku przedszkolnym. Wyniki badań wykazały znów to samo. Dzieci pod opieką mamy, babci, opiekunki były mniej zestresowane niż przedszkolaki. Analizowano wpływ wszelkich możliwych czynników - np. rozkładu dnia (drzemek, posiłków). Nic z tego nie miało specjalnie negatywnego wpływu. Megan Gunnar, psychobiolog od 20 lat zajmująca się badaniem poziomu kortyzolu u dzieci, podsumowuje wyniki tych badań: "Jakiś czynnik związany z koniecznością radzenia sobie ze skomplikowanym układem grupy rówieśniczej przez dłuższy czas wywołuje stres u małych dzieci" (ResearchWorks, 2005).


Co jest nie tak z grupą rówieśniczą?

Dla wielu wychowawców i rodziców wyniki przytoczonych badań wydają się sprzeczne z logiką czy zdrowym rozsądkiem. To przecież dzięki kontaktom z innymi ludźmi nabywamy umiejętności społecznych. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki nauki niż umożliwienie dziecku kontaktu z rówieśnikami. Rzeczywiście prawdą jest, że do nauki umiejętności społecznych potrzebny jest kontakt z ludźmi. Pytanie brzmi: Z jakimi ludźmi?

Aby dobrze funkcjonować w grupie, wspólnocie, potrzebujemy nauczyć się wielu umiejętności emocjonalnych - samokontroli, cierpliwości, pozytywnej postawy wobec ludzi, empatii, współczucia, konstruktywnego rozwiązywania konfliktów. Do tego nie wystarczy grupa rówieśników - zwłaszcza jeśli mają dwa, trzy lata. Dzieci w tym wieku same z siebie nie potrafią zarządzać emocjami. Postępują pod wpływem impulsów. Aby to zaobserwować, nie trzeba być psychologiem. Małe dzieci nie rozumieją dobrze np. pojęcia czasu. Głodne dziecko, któremu powiemy, że dostanie jeść za 15 minut, pogrąża się w rozpaczy. Maluchy doświadczają często zmiennych, intensywnych emocji. W tej chwili roześmiane dziecko może za chwilę się rozpłakać lub wpaść w złość. Maluchy nie potrafią dobrze kontrolować swoich emocji, wczuwać się w emocje innych, a subtelności savoir-vivre'u czy bycia uprzejmym są im obce (Gopnik i inni, 1999).

Oznacza to, że przedszkolaki mogą dostarczać sobie nawzajem wartościowych doświadczeń społecznych, nie są jednak dobrymi nauczycielami umiejętności. Dzieci uczą się głównie przez naśladownictwo. Owszem, mogą kopiować czyjeś dobre zachowania, ale kopiują też te negatywne. Poza tym towarzystwo rówieśników nie daje najważniejszego narzędzia nauki - informacji zwrotnych i pozytywnych wzmocnień.

Podstawowy, łopatologiczny przykład. Co się dzieje, gdy mama bawi się z dzieckiem np. klockami? "Poproszę czerwony klocek" - mówi, jednocześnie ucząc malucha rozpoznawania kolorów, jak i stosowania zwrotów grzecznościowych. Dziecko podaje klocek. "Och, dziękuję!" - mówi mama (wzmocnienie pozytywne pożądanego zachowania), a maluch promienieje z radości. W sytuacji zabawy z rówieśnikami potrzebny klocek zostanie po prostu zabrany przez silniejszego czy szybszego. A nawet jeśli dziecko podzieli się zabawkami z drugim, raczej nie usłyszy pochwały czy zwykłego "dziękuję". Gdy brakuje pozytywnej moderacji zachowań przez osobę dorosłą, dzieci uczą się prawa dżungli, a nie uprzejmości. Oczywiście w przedszkolu są obecni dorośli, i to profesjonaliści edukowani w zakresie pedagogiki. Odbywają się zajęcia ukierunkowane na konkretne zadania, a swobodna zabawa to tylko element życia przedszkolnego. Jednak nawet w najbardziej ekskluzywnym przedszkolu pod opieką jednej wychowawczyni przebywa co najmniej 10 dzieci. To tak, jakby była matką dziesięcioraczków. Zwyczajnie nie jest w stanie poświęcić każdemu dziecku uwagi. To zupełnie inna sytuacja niż np. rodzina wielodzietna, gdzie starsze dzieci, posiadające już bardziej wykształcone umiejętności społeczne, stają się modelami, wzorcami do naśladowania dla dzieci młodszych.

Dojrzałość przedszkolna

Ostatni element układanki to kwestia dojrzałości przedszkolnej. Nie chodzi tu wyłącznie o sprawy samoobsługowe, choć gdy przeglądałam dyskusje na ten temat w internecie, pojawiały się często wypowiedzi typu: "Oj tam, zmienić pieluchę każdy potrafi". Każdemu, kto wyobraża sobie, że trzydzieścioro dwulatków, którym należy regularnie kontrolować zawartość pieluch i myć pupy, to żaden problem, polecam zajęcie się przez kilka godzin np. bliźniętami, co pewnie ich skutecznie otrzeźwi.

Czy wiecie, jak wygląda pierwszy dzień, pierwsze tygodnie w przedszkolu? Wiele maluchów żałośnie szlocha, pytając, kiedy wróci mama. Inne radzą sobie lepiej, a jednak dla większości trzylatków jest to przeżycie traumatyczne. Jak pisze dr Szymon Grzelak w "Dzikim ojcu": "Inicjacji przedszkolnej nie traktuję jako elementu strategii pozytywnych inicjacji. Trudno uznać pierwszy dzień w przedszkolu za inicjację pozytywną. (...) Dobrze jest, kiedy fundamenty osobowości dziecka mogą być budowane w kręgu osób najbliższych, bezpiecznych, z którymi ma bliskie więzi i które będą stanowiły jego zaplecze społeczne na wiele następnych lat. Instytucja, jaką jest przedszkole całodzienne, jest bardziej koniecznością życiową dla niektórych rodzin niż czymś optymalnym dla dziecka" (s. 43).

A my mówimy o posyłaniu do przedszkola dwulatków. Dziecko w tym wieku nadal ma problem z jasnym wyrażeniem potrzeb, wymaga obecności mamy, nie potrafi radzić sobie z emocjami i stresem. Nieustannie testuje granice tego, co wolno, a czego nie. Miewa napady złości. Nie na darmo w niektórych poradnikach opisuje się ten etap rozwojowy jako "okropny dwulatek". Prawdą jest, że w tym wieku dziecko zaczyna potrzebować także kontaktu z innymi dziećmi. Bardziej naturalny i rozwijający jest jednak kontakt z dziećmi w różnym wieku - taki jak na placu zabaw czy w rodzinie wielodzietnej. Kiedy te argumenty, poparte solidnymi badaniami, zaczną w końcu uwzględniać państwowi spece od wychowania?




Autorka jest psychologiem, stałym współpracownikiem "Przewodnika Katolickiego", autorką m.in. poradnika "Od niemowlaka do przedszkolaka", żoną i matką czworga dzieci.


Gopnick A., Meltzoff A.N., Kuhl P.K., The scientist in the crib, New York: Morrow, 1999.
Grzelak Sz., Dziki ojciec. Jak wykorzystać moc inicjacji w wychowaniu, W Drodze, 2009.
Loeb S., Bridges M., Bassok D., Fuller B., Rumbergerd R.W., How much is too much? The influence of preschool centers on children's social and cognitive development, w: "Economics of Education Review", nr 26, 1 (2007), s. 52-66.
National institute of child health and human development early child care research network. Does amount of time spent in child care predict socio-emotional adjustment during the transition to kindergarten?, w: "Child Development", nr 74 (2003), s. 976-1005.
ResearchWorks 2005, How young children manage stress: Looking for links between temperament and experience, strona internetowa Uniwersytetu w Minnesocie: www.cehd.umn.edu/research/highlights/Gunnar/ (data dostępu 2.11.2010).




piątek, 7 lutego 2014

Przedszkole - złe czy dobre?

Przedszkole - cudowny wynalazek?

Problem tkwi w tym, że we wszystkich liberalnych mediach propaguje się tezę, że przedszkole jest cudownym wynalazkiem, o niepodważalnych walorach wychowawczych i edukacyjnych.
Wiele osób daje wiarę temu, że czyni się krzywdę dzieciom nie posyłając ich do przedszkola (nie mówiąc już o szkole)!
Wszędzie mówi się i pisze o tym, jak to psychologowie czy inni naukowcy twierdzą, że przedszkole jest wielkim dobrodziejstwem...

Tylko ja się pytam: jacy psychologowie? Na podstawie czego?
Czy aby na pewno na podstawie rzetelnych badań i obserwacji rzeczywistości, czy tylko z racji swoich przekonań i ideologii, którą wyznają, a może, żeby usprawiedliwić swoją niechęć do wychowywania własnych dzieci w domu?

Przecież wiadomo, że są tacy psychologowie, którzy twierdzą, że masturbacja jest czymś dobrym, że seks przedmałżeński i pozamałżeński jest czymś dobrym, że miłość jest czymś przemijającym... Każdy znajdzie coś dla siebie, bo tak naprawdę psychologowie swoje tezy stawiają na podstawie światopoglądu, jaki wyznają.

Chodzi o dojście do prawdy: czy przedszkole jest lepsze, czy dom rodzinny?

Nie chodzi o to, czy ktoś musi czy chce posyłać do przedszkola dziecko, ale czy jest to dobre dla niego.



****************************************************************



Tak naprawdę o co chodzi w tych nawoływaniach do wysyłania dzieci do przedszkola?
O dobro naszych dzieci, czy może o urobienie ich charakterów i umysłów?

Ktoś powie, że jego dziecko lubi chodzić do przedszkola, ktoś inny powie, że się wiele uczy, uspołecznia się, nie nudzi się...


Najlepszym miejscem do wychowywania dzieci jest dom, bo:

- ma zapewnione poczucie bezpieczeństwa i miłość;
- mogę wychować je wg własnego systemu wartości, wg własnych przekonań, czyli po chrześcijańsku;
- dziecko patrząc na mnie uczy się, jak postępować, mam możliwość korygowania jego złych zachowań;
- nawiązuje silniejszą więź z innymi dziećmi pozostającymi w domu;
- nawiązuje silniejszą więź z matką;
- nie jest poddawany silnej presji rówieśniczej;
- może zaspokoić potrzebę samotności;
- może ukształtować własną niezależność.


To w takim razie, co jest złego w przedszkolu?
Co może się stać złego, jeśli dziecko chce chodzić do przedszkola i (jak się wydaje) nie szkodzi mu to?

- mogą mu być przekazywane treści, które kłócą się z naszym światopoglądem, np. dotyczącym wiary;
- może spotkać się z dziećmi, które nauczą je złych rzeczy; może nauczyć się zachowań agresywnych;
- może nauczyć się konformizmu, ulegania wpływowi innych osób, może mieć w przyszłości problemy z wyrażaniem siebie, swoich poglądów albo w ogóle z byciem "innym niż wszyscy", z podejmowaniem decyzji niezgodnych z oczekiwaniem grupy rówieśników;
- może wyrosnąć na niewolnika bądź na tyrana;
- może przynieść do domu wiele chorób i pasożytów 

(Można by pewnie jeszcze parę rzeczy wymienić, ale już nie mam czasu na zastanawianie się.)


Podsumowując:

Pozostawiając dziecko w domu, dając mu to, co najważniejsze, czyli poczucie bezpieczeństwa i miłość inwestuje się w budowanie zdrowej, silnej osobowości.

Im mniejsza szansa na zaspokojenie tych potrzeb, tym większa szansa na to, że będziemy mieć w przyszłości problemy z dzieckiem, że nie będzie umiało w pełni cieszyć się życiem, że będzie bardziej podatne na wpływy innych ludzi niż na nasze.

Najlepiej, żeby zostało w domu co najmniej do 10 roku życia...

czwartek, 9 stycznia 2014

Jak socjalizować małe dzieci?

Socjalizacja lepsza w domu czy w przedszkolu lub w szkole?



Dr Raymond S. Moore*

Jak socjalizować małe dzieci**



    Jedno z najbardziej zagadkowych i niebezpiecznych kłamstw dwudziestego wieku głosi, że twoje dzieci powinny być jak najwcześniej socjalizowane i kształcone. W tym celu należy posłać je do przedszkola Foto © Marcin Piaseckilub też umożliwić im kontakty z jak największą liczbą rówieśników - im więcej [dzieci w grupie], tym lepiej. 
Na pierwszy rzut oka to wszystko wydaje się tak logiczne, że ty, jako zatroskany rodzic, nie możesz się już doczekać chwili, w której twoje dziecko rozpocznie systematyczną edukację i socjalizację. Tymczasem jest to doświadczenie, którego większość małych dzieci po prostu nie potrzebuje. Małe dzieci to nie to samo, co mali dorośli. Nie myślą, nie działają i nie reagują tak, jak dorośli. W ich przypadku przebieg procesów umysłowych, emocjonalnych i społecznych jest zupełnie odmienny.


    Wartość wczesnej edukacji od dawna jest kwestionowana przez specjalistów [zajmujących się rozwojem] dzieci. Jednakże w długim okresie to mity związane z wczesną socjalizacją mogą być większym zagrożeniem.

Małe dzieci są, co oczywiste, często niezwykle podniecone tłumem rówieśników, ale w wieku przedszkolnym ta ekscytacja będzie dla nich raczej źródłem zakłopotania i zmieszania, a nie drogą do prawdziwego uspołecznienia. Wczesna socjalizacja często tak naprawdę wywołuje tendencje antyspołeczne, robiąc z przedszkolaków małych buntowników, o ile nie prawdziwych neurotyków. W okresie dojrzewania tendencje te wywołują prawdziwe spustoszenie. 


    Dziś, po prawie 75 latach, warunki się zmieniły, ale wrażliwość naszych dzieci pozostała taka sama. Wiele badań dowodzi, że żadna instytucja zajmująca się socjalizacją dzieci nie wywiera tak silnie pozytywnego wpływu ani nie zapewnia takiego poczucia bezpieczeństwa jak rozsądni, konsekwentni rodzice [wychowujący swoje dzieci] w klimacie ciepłego i odpowiadającego na ich potrzeby domu. 

   
    Jako rodzic, powinienem mądrze rozważyć, jakiego rodzaju istotą społeczną chciałbym widzieć moje dziecko. Wielu przedszkolaków może faktycznie zostać „zsocjalizowanych”, ale nie bądźcie zaskoczeni, jeśli rozwiną w sobie negatywne zachowania społeczne. To może się zdarzyć nawet wówczas, gdy nauczyciel czy opiekun jest ekspertem. Z drugiej strony, małe dzieci, którym pozostawiono czas na osiągnięcie naturalnej dojrzałości, z większym prawdopodobieństwem staną się altruistycznymi istotami społecznymi, które zdołały rozwinąć w sobie pozytywne wzorce zachowań społecznych. 

    Jakość społecznych zachowań dziecka zależy nie tyle od liczby dzieci, z którymi zwykło się bawić, ile od jego emocjonalnej stabilności, poczucia własnej wartości i nieegoistycznej troski o innych. Zazwyczaj jest odzwierciedleniem jakości rodzicielskiego przykładu i siły przywiązania do ciepłych, konsekwentnych rodziców.

  

Dr Harold McCurdy z Uniwersytetu Północnej Karoliny przeanalizował dzieciństwo 20 wybranych geniuszy i wyodrębnił trzy czynniki wspólne dla wszystkich analizowanych wybitnych postaci historycznych. Na tej krótkiej liście znalazły się następujące czynniki:
(1) wysoki poziom uwagi skupianej na dziecku przez rodziców i innych dorosłych, wyrażanej w intensywnym kształceniu i, zazwyczaj, ogromnej miłości;
(2) izolacja od innych dzieci, zwłaszcza spoza rodziny;
(3) wybujała fantazja, jako reakcja na dwa wspomniane wcześniej czynniki.

   
Budując pozytywne zachowania społeczne

    Nie jest trudno zrozumieć pozytywne i negatywne wzorce zachowań społecznych. 

Weźmy za przykład matkę, która angażuje swoje dziecko w prace domowe. Z punktu widzenia dziecka bawi się ono "w dom" na najwyższym możliwym poziomie. Kiedy dziecko zaczyna stawiać pierwsze kroki, może nauczyć się odkładać swoje zabawki do pudełka w rogu pokoju. Może pomagać w ścieleniu łóżek rozciągając narzuty i wygładzając prześcieradła. Oczywiście na początku nie będzie zbyt pomocne, ale odrobina cierpliwości pozwoli zasiać w nim ziarna porządku, odpowiedzialności i pracowitości, które przy rozsądnej i konsekwentnej pielęgnacji wydadzą owoce: umiejętność polegania na sobie i altruizm. Rozwinięte w ten sposób silne poczucie własnej wartości jest podstawą rozwoju prawdziwie stabilnego, społecznego dziecka - czy ogólniej: osoby w dowolnym wieku. W chwili osiągnięcia wieku trzech czy czterech lat takie dziecko będzie już potrafiło nakryć i posprzątać ze stołu, licząc noże, widelce, łyżki i talerze, a przy tym rozwijając swój zmysł porządku i ucząc się podstaw arytmetyki. Już wkrótce będzie pomagać przy przyrządzaniu potraw, liczeniu jajek, odmierzaniu mąki i krojeniu jabłek, powiększając przy tym zasób swojej wiedzy i umiejętności. Osiągając wiek ośmiu czy dziewięciu lat - czyli dla większości dzieci najbardziej odpowiedni wiek do rozpoczęcia nauki w szkole - będzie potrafiło posprzątać dom, przygotować, a często nawet kupić jedzenie, wyprasować ubrania, przyszyć guzik i być dla swoich rodziców pomocą, a nie obciążeniem.


    To doświadczenie będzie jeszcze bardziej owocne, jeśli pewną część dnia spędza z dziećmi - chłopcami i dziewczynkami - ojciec. Zaangażowanie we wspólne wykonanie nawet najprostszych zabawek i wspólne czynności takie jak pastowanie butów, mycie samochodu, pielenie ogrodu czy budowa karmnika dla ptaków zostanie później odwzajemnione przez dziecko, pomagając uniknąć buntu, który często można spodziewać się w innym przypadku. Dla małego dziecka zwykły kawałek pomalowanej deski jest wyzwaniem dla wyobraźni. To może być łódka, samochód, ciężarówka; a z drugim kawałkiem deski - nawet samolot. Istotne jest to, że (1) on i tata lub mama zbudowali go wspólnie i że (2) ta zabawka, w przeciwieństwie do większości zabawek, pozostawia jakieś pole dla wyobraźni. Twórcza iskra rozniecona przyjaźnią z rodzicem - czy to matką czy ojcem - buduje w dzieciach tak pożądaną niezależność. Dzieci, które dzielą z rodzicami domowe obowiązki, czują się potrzebne i chciane, a ponadto czują, że ktoś na nich polega. Te doświadczenia są kamieniem węgielnym poczucia własnej wartości i pozytywnych, altruistycznych zachowań społecznych. 
Foto © Marcin Piasecki
    Pamiętajmy, że dzieci w szkołach miejskich są generalnie produktem swojego środowiska. 

Chodzenie do szkoły nie czyni rówieśników twoich dzieci lepszymi towarzyszami niż dzieci z sąsiedztwa. Oczywiście, jeśli ufasz nadzorowi nauczyciela bardziej niż swojemu własnemu, twoje dziecko może wyjść na tym lepiej.
Pamiętaj jednak, że nauczyciel nie może zazwyczaj zapewnić tak troskliwej opieki jak ty. Pamiętaj też, że dla małych, 7-8-letnich dzieci, twoje ciepłe, konsekwentne reagowanie na ich potrzeby jest najsilniejszym możliwym narzędziem pozytywnej socjalizacji. 


W kierunku negatywnego uspołecznienia

   Dziecko pozostawia za sobą relację jeden-do-jednego, jaką nawiązywało ze swoimi rodzicami, aby konkurować z wieloma rówieśnikami o uwagę nauczyciela. Ponadto angażuje się w niezdrową rywalizację o aprobatę rówieśników i przyjmuje podzielane przez nich wartości, czasem na całe życie. Szereg badaczy, m.in. Albert Bandura, John Condry, Michael Siman i Urie Bronfenbrenner, wskazuje, że jeszcze niecałe pokolenie temu nasze dzieci porzucały wartości wyznawane przez rodzinę i zwracały się ku wartościom wyznawanym przez rówieśników w wieku, w którym potrafiły już posługiwać się własnym rozumem.

Dziś podlegają [silnemu] wpływowi rówieśników już w przedszkolu.


    Janet Kastel, prowadząca seminaria dla nauczycieli w szeregu izraelskich kibuców, zauważa występującą u małego dziecka potrzebę samotności, której zaspokojenie umożliwia urzeczywistnianie własnych pomysłów. To w istocie czynnik kluczowy dla pozytywnych relacji społecznych - pewność siebie [zbudowana] bez ingerencji innych. 

Opisuje ona jak w kibucu, który nie jest [z natury] organizacją zorientowaną na rodzinę, dzieci nie mają nawet czasu ani miejsca, aby sobie samotnie popłakać, nie będąc skazanymi na obecność innych dzieci, przyglądających się czy nawet robiących sobie żarty. Dzieci przystosowują się do tego. I dorastają, coraz bardziej zależne od swoich rówieśników, pod każdym względem, emocjonalnie i społecznie. Inicjatywa i kreatywność są tłamszone. Zanim osiągną wiek dojrzewania, podejmowanie decyzji na własną rękę, bez aprobaty grupy, staje się dla nich doświadczeniem traumatycznym, do tego stopnia, że niektórzy całkowicie przestają podejmować takie decyzje. Faktycznie, stwierdza Janet Kastel, stają się doskonałymi żołnierzami.


  Należy zauważyć, że efektywność najlepszych przedszkoli zależy generalnie od tego, w jakim stopniu udaje im się naśladować dobry dom. Nasuwa się pytanie, dlaczego w takim razie należy w ogóle zabierać dzieci z ich własnych domów, o ile nie jest to absolutnie konieczne? 
    Piorunujący jest wpływ grupy rówieśniczej na małe dziecko, którego system wartości nie jest jeszcze dobrze określony; które nie nauczyło się jeszcze polegać na sobie samym; które nie czuje się do tego prawdziwie chciane i potrzebne. Jeśli dziecko nie miało czasu na to, by ukształtować własną niezależność, szybko uczy się naśladować zachowanie rówieśników i przyjmuje ich stosunek do życia.



Psycholog dziecięcy Urie Bronfenbrenner zauważa, że pozbawienie rodziny jej podstawowej roli w zakresie wychowywania dzieci „jest głównym czynnikiem grożącym załamaniem się procesu socjalizacji w Ameryce”. Zauważa on, że instytucje inne niż rodzina „stworzyły i utrwaliły podzielony na grupy wiekowe, a przy tym często niemoralny i antyspołeczny świat, w którym nasze dzieci żyją i dorastają”. A instytucjami, które w największym stopniu - ze względu na ich strukturę i ograniczoną troskę [o dzieci] - przyczyniły się do tych społecznie niszczących zjawisk, są nasze szkoły. 

    Stwierdzono, że dzieci uczęszczające do szkół podstawowych mają generalnie problemy z utrzymaniem poczucia własnej wartości. 

Donald Felker wskazuje, że samoocena dzieci wkraczających w mury szkoły i poddawanych naciskom pierwszych szkolnych lat systematycznie spada. Płynie z tego wniosek, że szkoła ze swej natury ma szkodliwy wpływ na obraz samego siebie u dziecka. Na poziomie piątej klasy samoocena dzieci zaczyna ponownie rosnąć. Szkoła jest trudnym doświadczeniem dla wszystkich dzieci, ale te, które rozpoczynają naukę z niską samooceną, są w szczególnie trudnej sytuacji. Innymi słowy, nacisk wywierany przez szkołę szczególnie negatywnie wpływa na te dzieci, które już i tak są w najmniej uprzywilejowanej sytuacji.

    Zauważmy, że na poziomie piątej klasy, czyli w wieku 10-11 lat, dzieci zaczynają odnajdywać same siebie. Jeśli te dzieci, o ile jest to możliwe, pozostaną w relacjach dwustronnych, jeden do jednego, w warunkach ciepłego, spójnego i odpowiadającego na ich potrzeby domu, będą miały o wiele więcej okazji do tego, by dojrzeć i ustabilizować swoją samoocenę. Jest jednocześnie mniej prawdopodobne, że szkoła im w tym przeszkodzi. W przypadku dzieci, które muszą korzystać z opieki poza domem, powinna być ona tak zbliżona do środowiska domowego, jak tylko jest to możliwe.

 

    W rzeczywistości, dzieci mogą przywiązać się do szczególnie atrakcyjnego wolontariusza lub zastępczego rodzica, który pewnego dnia po prostu nie przyjdzie z powodu urlopu lub choroby. I minitragedia gotowa. „Paradoksalnie - mówi Bronfenbrenner - im więcej ludzi naokoło, tym mniejsza szansa na głęboki kontakt”.

    Dla naszych małych dzieci [czas spędzony w przedszkolu] to czas przelotnych, przemijających relacji. Większość z nich nie potrzebuje aż tyle ekscytujących wrażeń, tak rozbuchanego środowiska społecznego, tak wielkiego widowiska różnorodności. Potrzebują ciszy, stabilizacji i związków z wybranymi osobami, nie osłabianych przez przedszkole, o ile tylko jest to możliwe. 

Jeśli nie możemy umożliwić im dorastania w domu, powinniśmy stworzyć dla nich środowisko tak zbliżone do domowego, jak to tylko możliwe. Nasze dzieci w o wiele większym stopniu polegają na swoich rówieśnikach dziś niż 10 czy 20 lat temu. Dotyczy to każdego wieku i poziomu nauczania. Rodzice, jak źródło informacji i bezpieczeństwa, stają się coraz mniej istotni. 

Martin Engel, który kierował Narodowym Centrum Pokazowym Opieki Dziennej (The National Day Care Demonstration Center), mówi: „To, że pozbywamy się naszych dzieci, nawet tylko częściowo, dociera do nich o wiele żywiej niż wszelkie nasze uzasadnienia, zgodnie z którymi przedszkole jest świetne dla dzieci ze względu na dobre kontakty z rówieśnikami, możliwość uczenia się czy budowania podstaw pod przyszłe życie w szkole i poza nią. Nawet najlepsza, najbardziej ludzka i zindywidualizowana opieka dzienna nie może wynagrodzić dzieciom uczucia odrzucenia, którego nieświadomie doświadczają.


    Wzrastająca liczba psychologów i psychiatrów uważa zależność od rówieśników za „zarazę społeczną” i kwestionuje obecnie niepotrzebne wysyłanie dzieci do przedszkola

Dr Bronfenbrenner zauważa na bazie swoich badań, że dzieci poniżej szóstej klasy, które spędzają więcej wolnego czasu z rówieśnikami niż z rodzicami i innymi dorosłymi, mają nikłe pojęcie o swoich rówieśnikach, rodzicach, samych sobie i swojej przyszłości. W ich przypadku większe jest również prawdopodobieństwo kłopotów w nauce. 
Zazwyczaj to oddzielenie rodziców od dzieci jest wyborem rodziców, nie dzieci. Glen Nimnicht, wcześniej główny psycholog programu Head Start [amerykański publiczny program edukacji wczesnoszkolnej - red.] , twierdzi dziś, że dziecko, którego matka nawet przez 20 czy 30 minut dziennie czyta mu lub bawi się z nim, wyjdzie na tym lepiej, niż gdyby spędzało kilka godzin dziennie w przedszkolu razem ze wszystkimi tymi małymi socjalizatorami.

    Wielu obawia się, że konsekwencją takiego rozumowania będzie pozbawienie nauczycieli pracy. Niekoniecznie. Społeczeństwo stoi dziś przez wielkim wyzwaniem związanym z określeniem istoty rodzicielskiej odpowiedzialności za edukację i wychowanie dzieci. Nauczyciele i ustawodawcy zdołali w jakiś sposób przekonać wiele matek i ojców, że szkoły mogą zastąpić rodziców. 


Największym wkładem nauczycieli [w reformę oświaty] może być przekonanie rodziców, że posiadają wyjątkowe przywileje i ponoszą wyłączną odpowiedzialność [za wychowanie i kształcenie swoich dzieci], a nie nakłanianie ich czy żądanie od nich zrzeczenia się owych przywilejów i odpowiedzialności poprzez niepotrzebną instytucjonalizację ich dzieci. 
„Musimy podjąć decyzję - sugeruje Sylvia Parmenter, matka z Royal Oak w stanie Michigan - czy nasze dzieci mają być własnością państwa od coraz wcześniejszych lat czy też ci z nas, którzy chcą, mogą zatrzymać je i ofiarować im ciepło i bezpieczeństwo, którego potrzebują w tych newralgicznych latach.

   



    Oczywiście nie wszyscy będą sobie mogli pozwolić na ten luksus. Ale dlaczego pozbawiać dzieci poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji i poczucia własnej wartości - tak rzadko spotykanych wśród dzisiejszych dzieci - o ile nie jest to absolutnie konieczne? 


Odnosząc się do tych potrzeb, znany i uznany psycholog dziecięcy John Bowlby ze Światowej Organizacji Zdrowia, stwierdza, że nawet zły dom jest lepszy dla małego dziecka niż dobra instytucja [opiekuńcza].
Kiedy pierwszy raz to usłyszeliśmy, byliśmy zaskoczeni. Kiedy jednak uważnie przeanalizowaliśmy ponad 7 tys. opracowań dotyczących wczesnego dzieciństwa, przedyskutowaliśmy problem z wiodącymi autorytetami w zakresie związków dzieci w rodzicami i zbadaliśmy wiele domów i szkół, zyskaliśmy przekonanie, że John Bowlby nie jest daleki od prawdy. 
Jeśli chcesz mieć naprawdę społeczne, zrównoważone dziecko, ofiaruj mu ciepły, spójny i odpowiadający na jego potrzeby dom do momentu, aż osiągnie 8 czy 10 rok życia, o ile tylko jest to możliwe. 
Nie przejmuj się modnymi metodami kształcenia i wychowywania, po prostu bądź przy swoich dzieciach ograniczając do minimum wpływy z zewnątrz. To może wydawać się staromodne, ale czy nie jest takie również złoto? 



Dr Raymond S. Moore


Przekład: Dorota Konowrocka
Redakcja: Natalia Dueholm
Przekład publikujemy za zgodą dr. Moore'a.
Zdjęcia: Marcin Piasecki

Wycięłam kilka fragmentów. Całość tutaj:
http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/moore.html